piątek, 5 lipca 2013

Warsztaty

Dawno nie pisałam. Ale powód jest tak ważny, że usprawiedliwia mnie całkowicie. Otóż, byłam w trakcie odnajdywania swojego miejsca na świecie, rzeczy, do których zostałam stworzona. Poszukiwania uważam za pozytywne, jeszcze nie całkiem zakończone, ale ukierunkowane już w odpowiednią stronę. Wiadomo, że mogę się mylić, ale dopóki jest dobrze, chyba nie ma co narzekać.
Niecały miesiąc temu zgodziłam się na współpracę ze stowarzyszeniem, które chciało prowadzić warsztaty artystyczne dla dzieci. Moje zajęcia miały obejmować zabawę z muzyką, tańce, piosenki itp. Zadanie jakby nie patrzeć, trudne, dla kogoś, kto nie ma jeszcze doświadczenia w pracy z  dziećmi, kogoś, kto zaczytuje się dopiero w podręcznikach metodycznych i pedagogicznych, kogoś, kto nie zawsze wie, jak zachować się w zupełnie nowej sytuacji. Nie wie, co zrobić, kiedy trójka maluchów płacze, kiedy najmniejsze maleństwo ma katar a samo nie umie wydmuchać noska, kiedy nie potrafią zakładać samodzielnie bucików. Ale pomyślałam, że raz się żyje i nie mogę przepuścić takiej okazji. No i stało się.
Dziś jestem po pierwszym turnusie.
Pięć dni z moimi małymi, kochanymi, zwierzakowymi potworkami. Wrażenia?
To jest to. Pomimo tego, że codziennie muszę wstawać po piątej rano, żeby zdążyć na pociąg, wracam przeogromnie zmęczona, dzieci nie zawsze słuchają, to jeszcze szczęśliwa. To jest takie pozytywne zmęczenie. Przekazuję maluchom odrobinę swojej pasji, w takiej małej pigułce, która bardzo możliwe, że z czasem będzie nabierała coraz większych rozmiarów.
Początki zawsze są trudne, ale największą nagrodą dla mnie byli rodzice i dziadkowie, którzy przyszli dziś po raz ostatni po swoje pociechy i powiedzieli, że ciągle chodzą one po domu i śpiewają, nie chcą wracać do domu, że były na zajęciach bardzo zadowolone.
O to dokładnie chodziło! Spełniłam swój cel. Kilkoro na pewno choć odrobinę zaraziło się moją miłością. Mam przynajmniej taką nadzieję.
To jest takie piękne, kiedy można zobaczyć takie efekty swojej ciężkiej pracy. Bo przyznać trzeba, nie było momentami łatwo. Pola nie mogła usiedzieć na tyłku dłużej niż siedem minut, Julek bił Marcela, Maksiu nie zawsze chciał się z nami bawić, Olek w kółko się do mnie przytulał. Ale kiedy już udało mi się ich zająć i zaciekawić jakimś muzycznym zajęciem, byli tacy kochani!
Wszyscy mówią, że jestem zachwycona teraz, chwilowo, bo nie robię tego na stałe, że po latach mi się znudzi. Że jeszcze zobaczę, co to znaczy wieloletnia praca z dziećmi.
Ale po co podchodzić do sprawy w taki sposób? Nie lepiej pomyśleć, że teraz spełniam się zawodowo w stu osiemdziesięciu procentach? Nie lepiej cieszyć się z tego, że teraz i tu mogę kogoś nauczyć czegoś, czym ja żyję? To jest takie wspaniałe, dzielić się tym, co kochamy.

Codzienne poranne kawki też dodały mi sił. Były takim pozytywnym kopem w tyłek na rozpoczęcie dnia. Sądzę, że ten tydzień bez kawy byłby niemożliwy do przeżycia. Ale kawa była. Moc była. Pomysły były. Dzieci były. Najlepsze towarzystwo prowadzących było!


W tym miejscu ściskam, choć oni tego nie przeczytają
-Gabrysię
-Maksia
-Polę
-Julka
-Matyldę
-Marcela
-Olę
-Olka



A od poniedziałku kolejna dawka. Kolejny tydzień z muzyką, dziećmi, integracją, miłością, spróbowaniem obdarowania innych tym, co najpiękniejsze na świecie, wrażliwością, pięknem.
Większa grupa, większa różnica wiekowa, większe wymagania. Ale co za tym idzie, większa satysfakcja, jeśli się uda.
Wiem, że się uda. Czuję to.
Jeśli tylko damy się ponieść muzyce, będzie pięknie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz